Mityczny Wrocław

Często mówi się, że „Wrocław posiada 1000-letnią historię i tylko 50-letnią tradycję”. Dopiero po upadku komunizmu, powoli, dzięki coraz liczniejszym publikacjom, felietonom w prasie oraz własnym poszukiwaniom wrocławian, mity i legendy dawnego Breslau, Wratislavii, Vratislavia zaczęły na powrót gnieździć się w świadomości mieszkańców.

Opowieści o Kluskowej Bramie, Mostku Pokutnic czy Kamiennej Głowie oswajają miasto i przywracają współczesnym wrocławianom poczucie historycznej ciągłości i więzi z dawnymi, nie tylko polskimi, mieszkańcami stolicy Dolnego Śląska.

Ale historia nie znosi pustki, dlatego też brak dawnych podań przez blisko pięćdziesiąt lat po wojnie, nowoosiedleni mieszkańcy zrekompensowali sobie, tworząc własne legendy.  Niesamowite historie o podziemnym mieście, krasnoludkach, czy ekscentrykach, przemierzających ulice Wrocławia, zakorzeniły się w zbiorowej świadomości, składając się na miejską mitologię.

 

Zapraszamy na wycieczkę śladami najstarszych ludowych podań, sensacji z dawnych lat, jak i najmłodszych, mniej i bardziej prawdziwych, opowieści związanych ze stolicą Dolnego Śląska. To mity i legendy, więc nie będziemy się przesadnie przejmować ich prawdziwością...

Czas przejścia trasy: ok. 3h.

Naszą wędrówkę rozpoczniemy w miejscu, od którego przygodę z Wrocławiem zaczyna większość turystów – na Dworcu Głównym:

Trasę zaczynamy:

Dworzec Główny PKP (ul. J. Piłsudskiego 105)

Dworzec powstał w latach 1855-57. Zaprojektowany przez Wilhelma Grapowa budynek wyróżnia się unikalną, neogotycką architekturą, naśladującą angielski styl Tudorów. W chwili powstania jeden z największych dworców kolejowych w Niemczech. Do dziś może poszczycić się najdłuższym w Polsce, przeszło 200-metrowym holem głównym, o ażurowej, szklano–żeliwnej konstrukcji. Na początek warto wstąpić na peron trzeci dworca, gdzie znajduje się tablica ku czci Zbigniewa Cybulskiego, aktora który zmarł tragicznie w tym miejscu próbując wskoczyć do odjeżdżającego pociągu, a który był legendą dla kilku pokoleń wrocławian.   Z podziemiami obiektu są związane rozmaite legendy. Pozostałości bunkra obrony cywilnej ulokowanego pod dworcem, są dziś w części dostępne i wykorzystywane do celów handlowych. Tunelem, zaczynającym się schodami w holu głównym (po lewej stronie, patrząc od wejścia), można przejść kilkadziesiąt metrów i wyjść na środek placu przed dworcem. Reszta korytarzy pozostaje nieodkryta – podobno jest zalana, bądź też wysadzono lub zasypano je. W czasie II wojny światowej pod dworcem miał znajdować się aż pięciopoziomowy szpital. Inna wersja mówi o stacji metra lub kolei podziemnej. Kolejka  prowadziła rzekomo pod Wrocławiem od Brochowa po Kozanów i Maślice, natomiast nietypowe, ze względu na konstrukcję, schrony przeciwlotnicze (ul. Ładna, ul. Żelazna, pl. Strzegomski i ul. Ołbińska) stanowiły zejścia do dworców i węzłów sieci. Wiele jest też opowieści o pociągach, które zabierały z podziemnej stacji drogocenne ładunki. Od tajnej broni hitlerowców, przez złoto wrocławskich mieszczan, aż po bursztynową komnatę… Według najbardziej sensacyjnych historii, miały one dojeżdżać do potężnego (istniejącego rzeczywiście i w części dostępnego) systemu podziemnych tuneli w Górach Sowich, zwanego „Riese”, czyli „Olbrzym”.

Infrastruktura: w holu dworca znajdziemy praktycznie wszystko, czego nam  potrzeba – od restauracji i fast foodów, przez toalety i bankomaty, po sklepiki z pamiątkami. Znajduje się tu całodobowy kantor oraz, co ważne, przechowalnia bagażu. 

Od Dworca Głównego udajemy się ulicą Kołłątaja prosto, aż dojdziemy do reprezentacyjnego wzgórza z reprezentacyjnymi tarasami i rozległą kolumnadą. Przy dobrej pogodzie można tu zjeść posiłek w restauracji na tarasie (czas przejścia ok. 10 minut, trasę można również pokonać tramwajem).

Wzgórze Partyzantów

Właśnie z tym okresem wiąże się ciekawa, bo zupełnie ahistoryczna legenda. Otóż wzgórze miało być połączone tunelem prowadzącym pod fosą z kamienicą przy Podwalu, w której znajduje się konsulat niemiecki. Konsulat powstał jednak dopiero po II wojnie światowej, a zatem budowniczowie owego tunelu, oprócz kunsztu, musieliby popisać się również niezwykłą zdolnością przewidywania przyszłości!

Ze wzgórza udajemy się ulicą Teatralną

Fontanna Krasnoludków (plac Teatralny 4) 

Chociaż Krasnale nie należą do tradycyjnych postaci wrocławskiej mitologii, mieszkańcy szybko zaakceptowali ich obecność i zaprzyjaźnili się z nimi. Według Kroniki Krasnali nazwy dzielnic w stolicy Dolnego Śląska pochodzą od sympatycznych skrzatów (np. Krzyki od Krzyka), a wrocławskie krasnale od swoich kuzynów z innych miast różnią się tym, że są średnio o centymetr wyższe.. i grzeczniejsze.

Dalej idziemy prosto i dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Świdnicką, gdzie na rogu stoi Hotel Monopol (dotrzemy tam w 3 minuty).

Hotel Monopol (ul. Modrzejewskiej 2/ ul. Świdnicka 33)

Wzniesiony w roku 1892 w stylu Art Nouveau hotel sam w sobie jest legendarny. Mieszkały w nim niemal wszystkie najwybitniejsze osobistości przebywające we Wrocławiu. O wielu z nich krążą legendy, o które do niedawna można było jeszcze zapytać, pracującej tam niezmiennie od lat obsługi.   Wśród najczęściej wspominanych gości Monopolu był Adolf Hitler, jednak co do tego, czy rzeczywiście w nim nocował, źródła nie są zgodne. Faktem jednak jest, że dla jego kaprysu w 1937 roku został do obiektu dobudowany portyk z balkonem nad wejściem głównym, by wódz i kanclerz III Rzeszy mógł z niego przemawiać. Natomiast w 1948 roku na trwający w trakcie Wystawy Ziem Odzyskanych Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, wielką propagandową imprezę, prezentującą osiągnięcia komunistycznych władz w odbudowie terenów dołączonych do Polski po II wojnie światowej, przybył między innymi Pablo Picasso. Oczywiście nocował w Monopolu. Podobno rozdawał wówczas w hotelowym barze narysowane przez siebie "gołąbki pokoju". Obdarowani nimi goście przekonani byli, iż weszli w posiadanie cennych dzieł sztuki, tymczasem żartobliwy artysta wykonywał te prace… atramentem sympatycznym. Również w tym hotelu nagrywana była scena podpalania przez Zbyszka Cybulskiego kieliszków z wódką w „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy – jeden z najsłynniejszych obrazów w polskim kinie.

Spod hotelu Monopol udajemy się prosto ulicą Świdnicką, przechodzimy przejściem podziemnym (czas przejścia to 3 minuty), za którym po prawej stronie możemy zobaczyć:

Pomnik Pomarańczowej Alternatywy (obok przejścia podziemnego przy ul. Świdnickiej) 

Sympatyczny krasnal upamiętnia miejsce, gdzie odbywały się największe happeningi najoryginalniejszego ruchu opozycyjnego w państwach komunistycznych. Podczas gdy w Gdańsku „Solidarność” walczyła z komunistycznymi władzami na poważnie, we Wrocławiu Pomarańczowa Alternatywa próbowała pokonać ją dowcipem. "New York Times" napisał kiedyś, że Sołżenicyn zniszczył komunizm moralnie, Kołakowski filozoficznie, a Pomarańczowa Alternatywa estetycznie. Jedną z najsłynniejszych jej akcji ruchu, którego przywódcą był Waldemar „Major” Frydrych był „Dzień św. Mikołajów” 6 grudnia 1987, gdy skonfundowani milicjanci zatrzymali kilkudziesięciu protestujących... Rozsławił on grupę na cały świat, gdyż o aresztowaniu Mikołajów skwapliwie poinformowały wszystkie najważniejsze światowe media. Było to tylko jedno z trwających regularnie od 1986 roku niekonwencjonalnych działań, podczas których - między innymi - rozdawano deficytowy papier toaletowy lub podpaski. Symbolem ruchu były krasnoludki, które jego działacze malowali wszędzie tam, gdzie władze zamalowywały antyrządowe napisy.

Z ulicy Świdnickiej skręcamy w lewo w Ofiar Oświęcimskich i dochodzimy do placu Solnego. Na północnej pierzei wyróżnia się odnowiony, modernistyczny budynek mieszczący obecnie siedzibę „Gazety Wyborczej”, a dawniej aptekę „Pod Murzynem” (czas: 5 minut).

Murzynek na budynku dawnej Apteki „Pod Murzynem” (plac Solny 2/3) 

Z postacią Murzyna, ustawioną na budynku obecnej redakcji „Gazety Wyborczej”, wiąże się jedna z najświeższych „sensacji” Wrocławia. Rzeźba jest nawiązaniem do figury, która znajdowała się na elewacji przed wojną i której budynek zawdzięczał swoją nazwę. Tym razem jako model do odlewu wykonanego przez Stanisława Wysockiego posłużył znany wrocławski grafik Eugeniusz Get- Stankiewicz. Odlew okazał się na tyle dokładny, że oglądający go przypadkowo lekarz zdiagnozował na jego podstawie przepuklinę pępkową u artysty, która została następnie potwierdzona badaniami i usunięta operacyjnie.   Z mieszczącą się tu dawniej apteką „Pod Murzynem” jest związana jeszcze jedna historia. Właściciel lokalu, aptekarz Jacobus Krause, odziedziczył bowiem po śmierci doktora Laurentiusa Scholza w 1599 dwie mumie – męską i żeńską. O ile ta druga przetrwała do naszych czasów w Muzeum Człowieka przy ul. Kuźniczej 35, to drugą z nich poddał sekcji. Wieść o tym rozniosła się wśród klientów apteki, którzy między sobą plotkowali, że dla zwiększenia skuteczności leków, sproszkowane ciało dodawał on do swoich specyfików..

Spod Murzynka możemy udać się ulicą Kiełbaśniczą lub Rynkiem na północ, w stronę kościoła Św. Elżbiety oraz stojących obok dwóch domków altarystów, będących pozostałością po otaczających kościół zabudowaniach służby kościelnej.   Zwane są one Jaś i Małgosia. W Jasiu (mniejsza, biała kamienica), swoją pracownię ma wspomniany wcześniej Get-Stankiewicz - grafik i rzeźbiarz, najbardziej znany wrocławski artysta i żywy symbol miasta. Niezwykły jest fakt, że tworząc wyjątkowo kolorowe kompozycje jest… daltonistą. Z artystą tym wiążą się inne współczesne legendy, m.in. o wykonanym przez niego w latach 70-tych odlewie ptaka w brązie, który umieścił na jednym z wrocławskich dębów. Przekazał ów odlew na rzecz Dolnośląskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, jednak jej członkowie muszą go wpierw… odnaleźć (czas: 5 minut). Na Domku Miedziorytnika znajduje się również tabliczka informująca o mieszczącym się tu Muzeum Krasnoludków, a tuż obok jest wejście do ich  podziemnego państwa, strzeżone przez przysypiającego krasnala-wartownika.

Kościół Św. Elżbiety (ul. św. Mikołaja 1) 

Gotycka bazylika, wzniesiona na miejscu starszej świątyni w XIV wieku, góruje nad rynkiem i okolicami. Kościół pierwotnie katolicki, w 1525 roku przeszedł we władanie protestantów, jak mówi legenda, przegrany w karty przez Erharda Scultetusa, mistrza krzyżowców od Św. Macieja. Budowla mierzyła w tym okresie aż 130 metrów wysokości i był to jeden z najwyższych kościołów w Europie, co zawdzięczał głównie ogromnemu, blisko 50 metrowemu hełmowi wieży. 24 lutego 1529 roku podczas wichury hełm ten runął na pobliską kamienicę nr 22. Katolicy stwierdzili, że to kara za odebranie im kościoła. Protestanci z kolei potraktowali to zdarzenie jako znak Opatrzności, opowiadając, iż widziano anioły unoszące opadającą część wieży, co obrazuje płaskorzeźba na fasadzie kościoła. W wyniku wypadku zginęła bowiem jedynie… kotka. Z świątynią wiąże się także inne podanie - płyty ścieżki przechodzącej z rynku do wejścia do fary mają leżeć na grobach 23 straconych uczestników buntu plebsu miejskiego w 1418 roku, którzy zabili kilku radnych oraz burmistrza. Dróżkę ułożono tak, żeby ich groby były od tej pory deptane przez przechodniów  i dusze ich nie zaznały spokoju po śmierci. 

Spod kościoła Św. Elżbiety udajemy się na północ ulicą Odrzańską. Na chwilę możemy się zatrzymać przy wejściu w uliczkę Stare Jatki. Dawniej należąca do cechu rzeźników, obecnie jest skupiskiem uroczych galeryjek, gdzie można kupić dzieła sztuki i pamiątki. Tu też znajduje się niezwykły pomnik Zwierząt Rzeźnych, co roku wzbogacany o kolejny odlew z brązu, oraz tablica „Ku czci prostych działań” autorstwa Geta-Stankiewicza, którą co roku ponownie uroczyście odsłania.   Dalej idziemy prosto ulicą Odrzańską i po kilkunastu metrach skręcamy w prawo w ulicę Nożowniczą. Dochodzimy nią do skrzyżowania z Szewską, skręcamy w lewo i wchodzimy w bramę numer 50/51. Przechodzimy przez krótki korytarz i wychodzimy na wewnętrzny dziedziniec. Po drodze mijamy kilka niedrogich restauracji i punktów usługowych, m.in. salon foto (czas: 15 minut)

Skamieniałe Tancerki (ul. Szewska 50/51, dziedziniec wewnętrzny) 

Na ścianie wewnętrznego dziedzińca wzniesionego w 1904 roku budynku Towarzystwa Pomocy Wzajemnej Pracowników Handlu, obecnej siedziby Katedry Etnologii i Kulturoznawstwa, znajduje się płaskorzeźba skamieniałych tancerek. Wedle legendy, pewna uboga wdowa miała dziewięć córek, które lekkomyślnie trwoniły czas na zabawy i romanse. Matka tolerowała ich fantazje do czasu, gdy zechciały się wybrać na tańce w Wielki Piątek. Wpadła wówczas w gniew i zamknęła je na klucz w małej izdebce. One jednak postanowiły wykraść się przez okno. Kiedy tylko to uczyniły, natychmiast skamieniały. Dziwna to legenda - sceptycy wnet zauważą, że panien na płaskorzeźbie jest 12, natomiast sam relief przedstawia Chronosa, muzę Talię oraz tańczące Nimfy. Relief ten pochodzi z barokowej kamienicy, która znajdowała się w tym miejscu przed powstaniem obecnego budynku.

 Szermierz (plac Uniwersytecki) 

Spod szermierza przechodzimy tunelem pod gmachem głównym Uniwersytetu, i wchodzimy na most Uniwersytecki. W połowie jego długości znajduje się rzeźba Powodzianka zrealizowana przez rzeźbiarza Stanisława Wysockiego w pierwszą rocznicę powodzi z 1997 roku. Na ten odcinek potrzebujemy nie więcej niż 3 minuty.

Powodzianka (most Uniwersytecki)

 

Bez Odry nie byłoby Wrocławia – jej rola dla rozwoju handlu czy obronności miasta nie podlega wątpliwości. Jedno z podań głosi, że to właśnie tu, spotkała się księżniczka czeska Dąbrówka i jadący jej naprzeciw Mieszko I. 7 marca 965 roku u zbiegu Odry i Oławy odbyły się ich zaślubiny oraz chrzest piastowskiego wodza. Z tej okazji miał on nakazać utopić wszystkie posągi pogańskich bożków w rzece, a gest ten zapoczątkował popularny zwyczaj wiosennego topienia marzanny.   Odra od tego czasu po wielokroć odgrywała kluczową rolę w historii miasta. Po raz ostatni w 1997 roku, kiedy to wielka powódź zjednoczyła mieszkańców w jego obronie. Walka z wielką wodą stała się kolejną współczesną legendą, której symbolem jest właśnie pomnik Powodzianki unoszącej książki z bibliotek, by je uratować od zatopienia. Co ciekawe – leżący bezpośrednio nad wodą Ostrów Tumski oraz Uniwersytet - nie ucierpiały, zalana zaś była np. ulica Kościuszki. 

Przechodzimy Most Uniwersytecki i zaraz za ceglanym budynkiem dawnego aresztu wojskowego skręcamy w prawo na nowoczesną kładkę nad Odrą. Przechodzimy park na Wyspie Słodowej, niewielki mostek nad śluzą na Wyspę Młyńską i obok Hotelu Tumskiego wychodzimy na Mosty Młyńskie. Ten odcinek zajmie nam nie więcej niż 15  minut.

Mosty Młyńskie  

W tym miejscu, w 4 kwietnia 1503 roku (obecne, pochodzące z końca XIX wieku, mosty Młyńskie wyglądają inaczej niż w tamtych czasach) odbyła się na polecenie Świętej Inkwizycji „próba wody”. Oskarżoną o czarnoksięstwo kobietę związano i zgodnie ze zwyczajem, zawiniętą w obszerny, czerwony płaszcz wrzucono do wody. Wierzono wówczas, że jeśli oskarżenie jest niesłuszne, Bóg uratuje niewinną. I jak się okazało, uniesiona z prądem na mieliznę kobieta, przeżyła! Wydarzenie to przyczyniło się do upadku inkwizycji we Wrocławiu.

Przechodzimy most Tumski i po 5 minutach dochodzimy pod kolegiatę Św. Krzyża

Kościół Św. Krzyża (plac Kościelny)  

Wedle legendy w XIII wieku pomiędzy księciem Henrykiem IV Probusem a biskupem wrocławskim Tomaszem II Zarębą miał miejsce ostry spór, który skończył się wygnaniem biskupa z miasta. Kiedy wreszcie po dwóch latach, antagoniści pogodzili się, książę Henryk IV Probus postanowił wznieść na pamiątkę tego zdarzenia kościół. Miał on nosić imię Św. Bartłomieja – patrona rodu, ponieważ zamierzał uczynić go nekropolią swoją i wszystkich Piastów Śląskich. Jednak w trakcie budowy fundamentów wykopano z ziemi przedziwny korzeń, którego góra przypominała krzyż z postacią Chrystusa, zaś podstawa dwoje modlących się ludzi. Uznano to za znak, że kościół powinien być pod wezwaniem św. Krzyża, ale Henryk Probus, nie chcąc łamać wcześniejszego przyrzeczenia, zlecił, by skończono kościół Św. Bartłomieja, a dopiero na nim zbudowano drugi, Św. Krzyża. Budowę nietypowej, dwupoziomowej świątyni zakończono już po śmierci księcia, w 1295 roku.

Ciekawy jest również stojący tuż obok:

Pomnik Nepomucena (plac Kościelny)

Pomnik autorstwa Jana Jerzego Urbańskiego pochodzi z 1732 roku, a powstał według koncepcji jezuickiego malarza, rzeźbiarza i architekta z Austrii, Christophorusa Tauscha (1673-1731). Reliefy na cokole pomnika przedstawiają sceny, które doprowadziły do męczeńskiej śmierci Św. Jana w nurtach Wełtawy. Uwagę zwracają przede wszystkim dwa nietypowe, bo łyse, aniołki. Podobno jeden z kamieniarzy został w trakcie prac nad pomnikiem ojcem, i w postaci aniołków postanowił uwiecznić obraz swego syna.

Spod pomnika Nepomucena udajemy się prosto, aż do górującej nad Ostrowem Katedry. (czas 5 minut)    

Katedra Św. Jana Chrzciciela (plac Katedralny 18)

Zbudowana na przełomie XIII i XIV wieku bazylika to najwspanialszy zabytek gotyckiej architektury sakralnej we Wrocławiu. Jej szczególna rola w historii miasta sprawia, że obrosła w wiele legend. Do najczęściej przywoływanych należy ta o kamiennej głowie, znajdującej się w małym zagłębieniu południowej wieży katedry. Opowieść głosi, że należy ona do czeladnika bogatego wrocławskiego złotnika, który nieszczęśliwie zakochał się w jego córce.
Ojciec nie chciał słyszeć o takim związku i wygonił chłopca z domu, ten zaś zszedł na złą drogę i zaczął zarabiać kradzieżami i rozbójnictwem. Kiedy zdobył już w ten sposób spory majątek, powrócił do swego dawnego mistrza i poprosił o rękę córki. Ten jednak zorientował się skąd pochodzą oferowane skarby i raz jeszcze przegonił amanta. Odtrącony zaś w akcie rozpaczy i zemsty, podpalił jego dom, a następnie obserwował pożogę z małego okienka na wieży katedry. Kara przyszła szybciej niż się spodziewał i mury zacisnęły się na jego szyi, a skamieniała głowa na wieki stała się ostrzeżeniem dla innych, chcących pójść w jego ślady.   Inna opowieść wiąże się z głową lwa bez grzywy. Jej brak historia tłumaczy sporem, jaki wybuchł pomiędzy kamieniarzem, który wyrzeźbił figurę, a mistrzem, który nie zapłacił mu całej obiecanej kwoty. Kamieniarz ze złością uderzył w lwa, chcąc go zniszczyć, ale niespodzianie odpadła jedynie grzywa. Uznano to za boską interwencję, która pozbawiła skąpego mistrza tej części pracy, za którą nie zapłacił.   Warto zwrócić także uwagę na płaskorzeźbę na jednej z kolumn przy wejściu, przedstawiającą dwóch mężczyzn uprawiających zoofilię z kozą. Ta wymowna scenka ma przypominać o marnym losie, jaki spotkał rozpustnych mieszkańców Sodomy i Gomory.

[Niedaleko południowej wieży katedry, idąc w stronę Odry, możemy skorzystać z miejskich toalet publicznych]   Obchodzimy Katedrę od północy, mijając m.in. niewielką księgarnię, w której można nabyć pamiątkowe albumy i dewocjonalia i już po kilkunastu metrach po lewej stronie ujrzymy niewielki kościółek Św. Idziego połączony z sąsiednim gotyckim budynkiem kapituły z 1520 roku  niewielką arkadową bramą (5 minut).

Brama Kluskowa (plac Katedralny 15) 

Bohaterka jednej z najpopularniejszych legend miejskich. Szczyt bramy zdobi niewielka, nieforemna kula, której trudno przypisać jakąś funkcję ozdobną lub praktyczną. Historia o bramie kluskowej tłumaczy ją następująco: pewnemu chłopu z Dąbia pod Wrocławiem umarła żona, znakomita kucharka. Opłakiwał on więc stratę małżonki, a zwłaszcza żałował klusek śląskich, których nikt nie umiał przyrządzić tak jak ona. Pewnego razu będąc na targu we Wrocławiu zasnął pod kościołem Św. Idziego, wówczas przyśniła mu się nieboszczka, oznajmiając, że jego żal i smutek nie pozwalają zaznać jej szczęścia w niebie. Obiecała, że zostawi mu zaczarowany garnek pełen klusek, których nigdy mu już nie zabraknie, pod warunkiem, że zawsze będzie ostatnią zostawiał na noc w naczyniu. Gdy się obudził, ujrzał przed sobą gar pełen klusek. Natychmiast zaczął je spożywać, pamiętając o przykazaniu żony. Jednak głód okazał się silniejszy i postanowił zjeść ostatnią kluskę. Gdy już miał ją połknąć, zeskoczyła ona jednak z łyżki, uniosła się w górę, przywarła do łuku bramy, a potem obróciła się w kamień. A garnek na zawsze już pozostał pusty.

Spod Bramy Kluskowej przekraczamy plac Katedralny i udajemy się uliczką Św. Józefa do nadbrzeża Odry, a następnie wzdłuż bulwaru spacerowego nad Odrą dochodzimy do Mostu Pokoju. Mijamy po lewej niedokończoną nową Bibliotekę Uniwersytecką, której kłopoty jak twierdzą niektórzy, to efekt zemsty zmarłych, których spokój naruszono – w tym miejscu w trakcie budowy odkryto bowiem dawny cmentarz, o którego istnieniu nikt nie wiedział. Wchodzimy na Most Pokoju skąd mamy doskonałą perspektywę na inny, najsłynniejszy wrocławski most – Grunwaldzki (czas: 10minut).

Most Grunwaldzki 

Powstał w latach 1908-1910 według projektu trzech inżynierów M. Magera, R.Weyraucha, M. Mayera oraz konstruktora Scholtza, jest jednym z symboli Wrocławia. W chwili oddania był drugim co do wielkości mostem wiszącym w Niemczech, a jego stalowa, rozpięta na dwóch filarach konstrukcja była w tym czasie niezwykle nowatorska. Legenda głosi, iż autor projektu mostu powiesił się na nim lub też utopił w Odrze, ponieważ ponowne obliczenia wskazały, że obiekt się zawali. Źródłem legendy jest najprawdopodobniej fakt, że twórca architektury mostu, miejski radca budowlany Richard Pluddemann, nie dożył końca inwestycji.   Już po wojnie, w latach 50-tych, do legendy przeszedł przelot pod mostem pilota-akrobaty. Ponieważ tego typu ekscesy były i są zabronione, nikt się do tego wyczynu nie przyznaje.

Z Mostu Pokoju udamy się przez Park Słowackiego w stronę Kościoła Św. Wojciecha. Po drodze miniemy m.in. niewielką Zatokę Gondol, która nazwę swoją wzięła od przywileju używania na rzece oryginalnych weneckich gondol, jaki podobno Wrocław posiadał jako jedyne miasto w Europie. Następnie zostawiamy po prawej stronie rotundę Panoramy Racławickiej, mijamy Muzeum Architektury, do którego warto zaglądnąć, by obejrzeć pozostałości najstarszych wrocławskich zabudowań i wreszcie przechodzimy obok centrum handlowego Galeria Dominikańska, gdzie można zrobić zakupy, posilić się w jednej z licznych restauracji lub skorzystać z toalety. Na koniec dochodzimy do kościoła Św. Wojciecha (czas: 15 minut).

Klasztor Św. Wojciecha (pl. Dominikański 2)

Jedna z najstarszych miejskich świątyń, powstała w XII wieku wraz z nieistniejącym już zespołem klasztornym augustianów. Następnie przejęta i przebudowana przez dominikanów, którzy są jego gospodarzami również i dziś. W kościele spoczywa ciało błogosławionego Czesława Odrowąża, przeora klasztoru dominikanów w czasie najazdu Mongołów w 1241 roku i patrona miasta. Według legendy, Tatarzy bliscy byli zdobycia miasta, ale wszyscy mieszczanie, za radą przeora Czesława, schronili się na Ostrowie Tumskim. Kiedy przeważające hordy Batu-chana szykowały się już do pokonania Odry i zdobycia ostatniego przyczółka obrońców, Czesław padł na kolana i zaczął się modlić, a za jego przykładem także pozostali wrocławianie. I wtedy niebo zapłonęło, a na najeźdźców polał się ogień niebieski! Przerażeni Tatarzy uciekli, a część z nich po tym przeżyciu wręcz postanowiła przyjąć religię, która ma taką niezwykłą siłę. Inna opowieść o błogosławionym mówi, iż udając się udzielić ostatniego sakramentu pewnemu choremu musiał przeprawić się przez Odrę, na której nie było żadnego mostu. Polecił się więc Bogu i rozłożył swój płaszcz na wodzie, a następnie, ku osłupieniu ludu, przepłynął na nim na drugi brzeg. Warto też wspomnieć, że kaplica nad jego grobem, pochodząca z lat 1715-1730 jako jedyna w kompleksie kościoła Św.Wojciecha nie ucierpiała w czasie oblężenia Festung Breslau...

Spod kościoła Św. Wojciecha przekraczamy ulicę Katarzyny i prosto ulicą Wita Stwosza dochodzimy do placyku pod Kościołem Marii Magdaleny. Tutaj również możemy skorzystać z zadbanych publicznych toalet nim przejdziemy do zwiedzania gotyckiej świątyni (czas: 10 minut).

Kościół Marii Magdaleny (Szewska/ul. Św. Marii Magdaleny/Łaciarska)

Wieże wzniesionego w XIII wieku kościoła Marii Magdaleny połączone są dobudowanym w 1459 roku (odbudowanym po zniszczeniach wojennych dopiero kilka lat temu) charakterystycznym mostkiem. Mówi się czasem, że jest to najwyższy most nowoczesnej Europy. To bohater jednego z najszerzej znanych mitów wrocławskich. Zgodnie z nim, po mostku przechadzają się duchy lekkomyślnych dziewczyn, które pokutują za swoje marnotrawne życie, które strawiły na zwodzeniu chłopców, nigdy jednak nie wychodząc za mąż. Teraz, przez całą wieczność mają sprzątać ów mostek, skazane na to, czego chciały uniknąć za żywota. Jest też druga, równie fascynująca historia związana z tym miejscem. Historia o Dzwonie Grzesznika. Największy z dzwonów kościoła był dziełem znanego ludwisarza Michała Wilde. Ponoć jeden z jego uczniów odlał ów dzwon pod nieobecność mistrza, co było czynem surowo zakazanym. Gdy ludwisarz się o tym dowiedział, w przypływie złości zabił ucznia i popędził oglądnąć dzieło, spodziewając się, że będzie ono zepsute. Tymczasem znalazł dzwon gotowy i bez zarzutu. Kiedy skazany za swój czyn na gilotynę otrzymał prawo wypowiedzenia ostatniego życzenia, poprosił, by towarzyszył jego śmierci właśnie dźwięk jego ukochanego dzieła. Od tej pory dzwon towarzyszy w ostatniej drodze wszystkim skazańcom. Niestety został zniszczony podczas wojny.

[Kościół można zwiedzać codziennie w godzinach 10.00 – 20.00, oprócz mszy. Warto też wejść na Mostek Pokutnic oraz przeczytać (po polsku lub niemiecku) wywieszony na tablicy w kościele wiersz Wilhelma Muellera, który opowiada całą historię Dzwonu Grzesznika]   Spod kościoła udajemy się niewielką uliczką Kurzy Targ na rynek, i kierujemy się w stronę południowej fasady Ratusza. Tu, na samym środku, znajduje się wejście.

Ratusz i Piwnica Świdnicka (Rynek Ratusz 1) 

„Kto nie był w Piwnicy Świdnickiej, ten nie był we Wrocławiu” jak głosił niegdyś napis na ścianach we wnętrzu lokalu. Często twierdzi się, że jest to najstarsza restauracja w Europie, choć oczywiście nawet jeśli jest to prawda, to dotyczy to samego budynku, gdyż restauracja zmieniała funkcje i właścicieli. Najstarsze ślady działania przybytku pochodzą z roku 1303, zaś na rok 1332 datowany jest rachunek, świadczący o sprowadzaniu ze Świdnicy piwa jęczmiennego, któremu restauracja zawdzięcza swą nazwę. Co więcej, sława tego piwa obiegła kraje ościenne, a Wrocław zaopatrywał w nie m.in. Toruń i Kraków. Około XVI wieku piwo świdnickie zastąpił warzony na miejscu pszeniczny Biały Baran, który zyskał wcale nie mniejszą sławę. Nad wejściem do Piwnicy można zobaczyć dwie płaskorzeźby – pijanego, chwiejącego się mężczyzny i czyhającej na niego żony z pantoflem w dłoni. To ostrzeżenie dla tych, którzy zbyt ochoczo poddadzą się urokowi sprzedawanego tu piwa.   Z Piwnicą wiąże się także słynna wrocławska zagadka: „Gdzie we Wrocławiu wóz nad wozem przejeżdżać może?”. Otóż pochodzi ona od tunelu, który łączył (i łączy do dziś, choć już nieużywany do komunikacji), restaurację z browarem w stojącej naprzeciwko kamienicy „Pod Złotym Dzbanem”, a według niektórych – prowadzącym aż do ulicy Ofiar Oświęcimskich.

Tutaj zostawimy Państwa z kuflem Białego Barana, którego znów można zamówić w odrestaurowanych wnętrzach. Pamiętajcie – we Wrocławiu opowiada się nie tylko historie sprzed wieków, ale też wciąż powstają nowe. Może i Wy zainspirujecie jakąś współczesną legendę?

Opracowanie trasy: Jacek Ratajczak 

Redakcja www.wroclaw.pl