Budynek ZETO: Ikona modernizmu warta ocalenia [WYWIAD, ZDJĘCIA]

- Budynek ZETO to jedna z ostatnich pamiątek po czasach, kiedy Wrocław był wielkim centrum komputerowym, o czym dzisiaj niewiele osób pamięta. Poza tym to dobrej jakości architektura modernistyczna - mówi Adam Pacholak, autor książki „Elektroniczny mózg miasta. Idea nowoczesnego Wrocławia a budynek ZETO”.

Pana książka to licząca ponad 250 stron monografia jednego budynku, który nie jest obiektem wycieczek. Dlaczego uznał pan, że to miejsce nadaje się na temat książki?

Faktycznie, to niepozorny budynek, który dzisiaj wręcz odstrasza. Sam tak reagowałem, kiedy przyjechałem na studia do Wrocławia, bo wyglądał na opuszczony. No, ale wtedy jeszcze nic nie wiedziałem o powojennym modernizmie.

Moją uwagę na niego skierowała promotorka mojej pracy magisterskiej, pani profesor Agnieszka Zabłocka-Kos, która jako jedna z pierwszych we Wrocławiu zaczęła mówić i pisać o powojennej architekturze miasta.

Na początku bardzo ostrożnie podchodziłem do tematu ZETO. Miałem wrażenie, że to odpychający budynek. Z czasem zacząłem się zgłębiać w jego historię, to praca zaczęła rosnąć.

Budynek ZETO, fot. Zbigniew Staniewski/Muzeum Architektury

Uznałem, że ważne jest opowiedzenie historii tego budynku, nie tylko jako obiektu architektonicznego, ale także historii ludzi i Wrocławia jako centrum nowych technologii w PRL.

Poza tym ta praca była pisana ze świadomością, że budynek ZETO jest w bardzo złym stanie. To kwestia czasu zanim sam się rozpadnie, albo ktoś postanowi go wyburzyć.

Musimy sobie opowiedzieć o samej ulicy, przy której stoi ZETO. Po 1945 r. kamienice obok zostały zrekonstruowane, a tu została dziura. To był fragment jednej z dróg prowadzącej do Rynku do kościoła Doroty.

Ulica św. Doroty była bardzo wąska. Dzisiaj byśmy ją nazwali zaułkiem. Została przerwana nie tylko w tym miejscu, gdzie stoi ZETO, ale i przez trasę W-Z, czyli ulicę Kazimierza Wielkiego, oraz przy samym kościele świętej Doroty.

Po wojnie zaczęła się dyskusja, czy odbudować to, co stało zaraz przed wojną, czy poprawiać zabudowę, a może wzorować się na jeszcze wcześniejszym okresie. Wynika z tego, że dzisiejsza wrocławska Starówka niewiele ma wspólnego z tym, co stało w tym miejscu do 1945 roku.

Proszę tego nie mówić turystom (śmiech). Tak jest nie tylko we Wrocławiu. Podobnie było w Warszawie, gdzie najstarsza część miasta została odbudowana od podstaw, oraz w Gdańsku, który także był bardzo zniszczony.

Jednak we Wrocławiu konserwatorzy zabytków musieli się dodatkowo zmierzyć z wyzwaniem ideologicznym. Podczas, gdy w Warszawie czy Gdańsku sprawa była jasna: odbudowujemy polskie miasto, to we Wrocławiu pojawiały się dodatkowe wątpliwości.

Zastanawiano się: czy mamy odbudowywać pruskie – co wtedy znaczyło nazistowskie – kamienice wybudowane przez kapitalistów? Architekci byli w trudnym położeniu. W środowisku przetrwały anegdoty, że młodym studentom architektury kazano wymyślać barokowe kamieniczki. Dlatego na przykład przy Ofiar Oświęcimskich część kamienic jest dobrze zrekonstruowana, a część jest w stylu o sto lat wcześniejszym, kiedy jeszcze nie było tzw. "pruskiego ducha" w tej architekturze.

Wnętrze budynku ZETO, fot. Roman Brożyna/Muzeum Architektury

Dzisiaj to wygląda w miarę spójnie, ale trzeba mieć świadomość, że to nie są kamienice, które stały tam od wieków. To jest powojenna interpretacja na ich temat.

A co było w miejscu, gdzie dzisiaj stoi ZETO?

Dzisiejsze ZETO zajmuje miejsce trzech - czterech kamienic, które tam stały. Między innym dom producenta wody mineralnej Giessera.

Od czego zaczyna się historia ZETO?

W latach 50. i 60. we Wrocławiu formuje się środowisko elektroniczne. Zaczęto projektować komputery, które nazywano elektronicznymi maszynami cyfrowymi. Jeszcze nie było informatyki, lecz ETO – elektroniczna technika obliczeniowa.

To było duże, ambitne środowisko naukowe. Starsi wrocławianie pamiętają marki ELWRO i ZETO, ale chyba nie są do końca świadomi, jak duże miały znaczenie, a już dzisiejsze pokolenie w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy.

Wnętrze budynku ZETO, fot. Tadeusz Pasternak i F.Druzga/Muzeum Architektury

Pierwsze ZETO, czyli Zakład Elektronicznej Techniki Obliczeniowej, powstało we Wrocławiu pod kierownictwem Jerzego Trybulskiego. Trybulski był naukowcem, matematykiem, wykładowcą Uniwersytetu Ekonomicznego. Był bardzo ambitny. Wysyłał pracowników ZETO na kursy do Wielkiej Brytanii, co w erze głębokiego komunizmu było ewenementem. Interesował się nowymi sposobami zarządzania. Wykorzystał nowe rozwiązania technologiczne.

ZETO to była pierwsza polska firma informatyczna – jeśli posłużyć się współczesnym językiem.

Czym się zajmowała?

Przede wszystkim realizowała duże obliczenia przemysłowe dotyczące projektowania, statystyk. Wszystko, co wymagało wykorzystania dużej ilości danych. Zleceń robiło się co roku więcej i siłą rzeczy ZETO rosło.

Równolegle toczyła się dyskusja jak powinna wyglądać informatyzacja Polski. Jerzy Trybulski miał taką wizję, żeby ZETO tworzyło sieć, jak placówki poczty. Nie przewidywano, że komputery będą tak szybko się zmniejszać i personalizować oraz, że informatyka tak się przyjmie w Polsce.

Początkowo siedzibą ZETO była kamienica w centrum miasta. Ale szybko zrobiła się za ciasna i trzeba było szukać nowego miejsca. Dlaczego wybrano działkę przy Ofiar Oświęcimskich?

To była ostatnia większa działka w ścisłym centrum miasta. Trybulskiemu zależało, żeby to było w centrum, ponieważ zadaniem nowego budynku było także oswajanie ludzi z nowymi technologiami, z komputerami. Wiele osób podchodziło do nich bardzo nieufnie i trzeba było to jakoś przełamać.

Cały pomysł na ten budynek polega na tym, że jest on w centrum miasta, gdzie przechodziło codziennie dużo ludzi. Największe komputery stały w dużej sali na parterze i były doskonale widoczne z ulicy. Siłą rzeczy ludzie oswajali się z nimi. To był taki element edukacyjny. W ZETO prowadzono zresztą wiele szkoleń dla informatyków, a także dla prezesów różnych zakładów, żeby im uświadomić do czego potrzebują komputerów w swojej pracy.

Dlaczego to Anna i Jerzy Tarnawscy dostali to miejsce do zagospodarowania?

Oni już wcześniej mieli doświadczenie w projektowaniu nowoczesnej architektury, szkół lub budynków mieszkalnych, jak na Nowym Targu.

ZETO to był ich pierwszy projekt, który był ściśle związany z nową technologią, siłą rzeczy architektura także musiała być nowoczesna. Mieli zaprojektować budynek, który w części miał być biurowcem, ale którego dużą część zajmowały pomieszczenia dla maszyn matematycznych, jak nazywano komputery.

Budynek ZETO, fot. Tadeusz Pasternak i F.Druzga/Muzeum Architektury

Pomagali im fachowcy z ZETO, którzy mówili, czego oczekują, jakie parametry powinny mieć sale. Pod względem technologicznym to było trudne wyzwanie, i bardzo ambitne.

Pod względem architektury ten budynek wydaje się dość prosty, lecz im dłużej się mu przyglądamy, tym więcej wychodzi smaczków, które są w nim ukryte.

Składa się z – powiedzmy, pasów szkła i ceramiki. Jest wydłużonym sześcianem, ale bardzo konsekwentnym w strukturze. Powtarza się w nim wewnętrzny matematyczny rytm, który współgra z jego funkcją. Ma wiele detali. Na przykład: przeszklone narożniki, które sprawiają, że elewacja ciągnie się przez cały budynek i zapętla, niski cokół, który nadaje lekkości, nadwieszony pas ceramiki itd.

Wnętrza były nocą intensywnie oświetlone. To musiało robić wielkie wrażenie. Były wyposażone w meble Józefa Chierowskiego, czołowego designera PRL-u z wrocławskiej ASP. Wszystko było dopieszczone w najdrobniejszych detalach. Niestety, większość mebli nie zachowała się do dzisiaj.

Jaki był układ budynku?

Na dole były wielkie sale, w których stały komputery. Także same pomieszczenia dla pracowników na piętrach były stosunkowo duże.

Zmieniało się wtedy podejście do warunków pracy. W ZETO były tzw. pomieszczenia wielkoprzestrzenne. Zakładano, że dzięki nim ludzie nie będą ciągle przechodzić z pomieszczenia do pomieszczenia, więc będą mniej narażeni na częstą zmianę temperatury, światła, przez co będą się mniej męczyć i będą zdrowsi. To było podejście higieniczne i typowe dla modernizmu, który zakładał dostęp do światła i zieleni. Budynek był otoczony zielenią, która wlewała się do budynku przez wielkie okna. Był oświetlony naturalnym światłem, jak uważano - zdrowszym.

Budynek ZETO w 2020 r., fot. M.Ksieżarek/wroclaw.pl

Pracownicy ZETO mieli do dyspozycji pokoje socjalne, bibliotekę, czytelnię, pokoje gościnne, gdyby trzeba było kogoś przenocować. Była stołówka z tarasem na zewnątrz, patio z dużym drzewem. W biurowcach stawianych dzisiaj takie rozwiązania są zaniedbywane i jeśli już się je umieszcza, to wszyscy się nimi chwalą.

Jak oceniano ten budynek, jak przyjęto tę realizację?

Bardzo dobrze. Mimo że architekci śmiali się, że Tarnawscy znowu zaplanowali budynek z patio w środku, bo wcześniej projektowali szkołę przy Drukarskiej, gdzie był dziedziniec z drzewem. Zdobyli wiele nagród architektonicznych za projekt ZETO.

Brano pod uwagę to, że podjęli nowy, nieopracowany dotąd temat. I bardzo dobrze sobie z nim poradzili. Oceniano że siedziba ZETO jest wysmakowana architektonicznie, budynek jest dobrze zorganizowany przestrzennie, że zadbano o higienę pracowników. Tarnawscy otrzymali za tę realizację nagrodę miasta. W konkursie architektonicznym na "Mistera Wrocławia" budynek także został nagrodzony przez jury.

Budowę siedzib dla ZETO zlecono równocześnie we Wrocławiu, Katowicach i w Warszawie. W Warszawie projekt przygotowała utytułowana Halina Skibniewska, a w Katowicach Buszko i Franta, bardzo znana para architektów. Wszystkie te projekty dobrze oceniano, ale to Tarnawskim dano główne zadanie zaprojektowania ośrodków ZETO całej Polsce. Niestety, jak to bywało z architekturą w PRL, większość pomysłów została na papierze. To, co zrealizowano to są kopie tego obiektu wrocławskiego. Na przykład, w Jelczu Laskowicach, który nie przetrwał do dzisiaj. Oraz we Wrocławiu przy Muzeum Współczesnym, dawny ETOB.

Przez kilka lat informatyka tak szybko się rozwijała, że okazało się, że budynek przy Ofiar Oświęcimskich jest za mały. Przy placu Społecznym miało powstać ZETO-2 w formie wieżowca. Miało być z rozmachem, zakład połączony z czymś w rodzaju centrum handlowego z basenem.

To już była druga połowa lat 70., Polska Ludowa wchodziła w kryzys gospodarczy. Znacznie obcięto pieniądze na rozwój informatyki i projekt budowy na placu Społecznym przepadł. Idea nowej poczty i centralnej informatyzacji kraju także upadła.

A potem rynek komputerowy znów bardzo przyspieszył. Pojawiły się miniaturowe komputery, bardziej wydajne i powszechne. Nie trzeba było tworzyć centralnej sieci.

Budynek ZETO w 2020 r. fot. M.Ksieżarek/wroclaw.pl

Po upadku PRL-u każde ZETO stało się osobną firmą, każde radzi sobie na własną rękę. W Katowicach dosyć dobrze działa, w Łodzi ma się nie najgorzej. Trudno powiedzieć jak radzi sobie ZETO we Wrocławiu. Nadal świadczy usługi informatyczne, przetwarzanie danych.

Napisał pan w książce, że chciał pan wejść do budynku przy okazji pisania tej pracy, ale szefostwo firmy nie zgodziło się na pana wizytę.

Rzeczywiście, że tak powiem: są mało gościnni, jeśli chodzi o dostęp do budynku. Zasłaniano się ochroną danych osobowych jego klientów. Próbowałem się tam dostać na wiele sposobów. Z desperacji były nawet pomysły, żeby się zatrudnić w ZETO.

Wymieniła się kompletnie ekipa, w firmie najprawdopodobniej nie ma już ludzi, którzy zaczynali tu pracę w latach 70. Ci, co pracują tu teraz, najpewniej nie wiedzą o przeszłości budynku, jego idei.

Bardzo emocjonalnie pisze pan o przyszłości siedziby ZETO. W pierwszej wersji, budynek zostaje i …?

Jeśli ZETO tam zostanie, to powinno się zlecić choćby umycie elewacji. Jest ceramiczna, została tak zaprojektowana, aby można ją było łatwo wyczyścić, ale chyba nigdy tego nie robiono. A na serio: budynek trzeba wyremontować, uzupełnić fragmenty elewacji.

To może nadal być biurowiec, lecz równie dobrze sprawdziłby się jako instytucja kultury, galeria sztuki współczesnej, albo muzeum. Zresztą, były przymiarki pewnej zamożnej osoby, która chciała to wykupić i wyremontować, ale to nie doszło do skutku. Można spróbować stworzyć miejsce, w którym by upamiętniono działalność ZETO, ELWRO.

Wspomina pan także o tym, że w planie zagospodarowania miejscowego jest wzmianka, że budynek mógłby zostać wyburzony, a w tym miejscu odtworzony byłby fragment ulicy Św. Doroty.

Ten budynek psuje pierzeję i średniowieczny układ, tego nie da się obronić. Jednak z drugiej strony ten układ i tak jest zaburzony w kilku innych miejscach. A mimo to Wrocław jest uważany za miasto z dosyć dobrze zachowaną dzielnicą staromiejską.

Wyburzenie ZETO może trochę tylko zrekonstruować dawną uliczkę, ale przez to stracimy nieodwracalnie bardzo ważny zabytek, pozostałość innej części historii Wrocławia, która niemal w ogóle nie jest opowiedziana.

Budynek ZETO w 2020 r, fot. MKsiężarek/www.wroclaw.pl

W Dreźnie za czasów NRD istniał spory kompleks informatyczny, z którego ocalał tylko jeden budynek stołówki, dzisiaj już wpisany do rejestru zabytków. Teraz Drezno ubiega się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Deklaracja remontu tego obiektu, to jedno z kluczowych zadań jakich miasto się podejmuje przy okazji starań o tytuł ESK.

Warto ocalić ZETO?

Oczywiście, po to napisałem tę książkę. Chciałem, aby więcej ludzi dowiedziało się o fenomenie tego budynku. To jedna z ostatnich pamiątek po czasach, kiedy Wrocław był wielkim centrum komputerowym, o czym dzisiaj niewiele osób pamięta. Za nim kryje się cenna, zaskakująca w wielu miejscach historia.

To nie jest typowy biurowiec, ale dobrej jakości architektura modernistyczna. I pod względem artystycznym, historycznym, naukowym spełnia wszystkie przesłanki, żeby uznać go formalnie za zabytek. Taki status mógłby uchronić ten budynek przed wyburzeniem.

* Adam Pacholak jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim. Jego praca magisterska dotycząca budynku ZETO była nagrodzona w konkursie im. Mieczysław F. Rakowskiego organizowanym przez tygodnik "Polityka". Została także opublikowana przez wydawnictwo Via Nova.

Tomasz Wysocki